Dla Lu. Tak po prostu, Przyjacielu.
Nie czuję się na siłach, aby cokolwiek pisać o tym tekście; komentarze - także krytyczne - mile widziane, ale wytykając mi domniemane błędy zważ, że mogą być w stu procentach zamierzone. Pomimo bardzo dziecinnej i prostej formy, mało wyszukanego słownictwa et cetera, opowiadanie było i jest drobiazgowo przemyślane. Lubię klimaty tandetnego fantasy w dziwacznych realiach, które sobie sama narzucam. I lubię akcję tak szaleńczo szybko biegnącą pod koniec.
Uwaga - krew, przemoc, zaraza i obrzydliwości, w ilościach strawnych, ale nie śladowych.
[ Uwagi co do wymowy nazw:
- Jest bardzo zbliżona do polskiej, co słychać szczególnie w literach w rodzaju a, c, g, i, s, z.
- Jedynym wyjątkiem jest s przed spółgłoską k, wówczas brzmi ono jak sz.
- Dyftong dj (chyba zresztą niewystępujący w tym tekście) wymawia się jako ż.
- Umlaut (ä, ë itd.) oznacza długą samogłoskę i kładzie na nią akcent, a nie zmienia brzmienia litery.
- Akut i grawis ('kreska' nad literą – á, à, é, è, itd.) nie oznaczają akcentów, jak w językach europejskich, ale sprawiają, że litera sąsiadująca z samogłoską po stronie, którą wskazują, jest niema.
- H nigdy nie jest nieme, ani na początku, ani w środku, ani na końcu wyrazu – chyba, że wynika to z sąsiadowania z 'ostrą' samogłoską (patrz punkt 5).
- Tytuł jest grecki, czyta się go ho mikros i znaczy tylko tyle, co mały. Jest to szczegół nieważny dla fabuły i pewnie tylko dla mnie ma jakieś znaczenie, więc daruję sobie rozwijanie tego tematu. ]
O μικρός
tragedyjka w paru aktach
1
W starym mieście nad Saavlą, wśród rozległych ogrodów pełnych egzotycznych roślin, wznosił się myśliwski pałacyk cesarzewicza. Był on najszczęśliwszą osobą pod słońcem, miał bowiem jedenaście lat – a w tym wieku człowiek myśli, że jest już zupełnie dorosły, i czuje, że kiedyś zdobędzie świat.
Takiego maja dawno nikt nie pamiętał, wszystko cudownie się zieleni. Codziennie jeżdżę konno, najczęściej na oklep, siodłanie zajmuje za dużo czasu. Odwiedziły mnie obie Leontyny i powiedziały, że od bezustannego ściskania wodzy mam okropne dłonie; posłały po odpowiednie rękawice dla mnie. Poseł talandzki przysłał mi w upominku dwa rajskie ptaki. Słyszę właśnie, jak drą się w zwierzyńcu. Słońce i wiatr – wspaniała pogoda.
Jak nietrudno zgadnąć, całe jego życie było radosne i wypełnione rozrywkami. Odkąd nauczył się czytać i pisać, jego jedynym obowiązkiem pozostawała nauka fechtunku, ale sprawiała mu tyle przyjemności, że traktował ją jak jedną więcej zabawę. Otrzymywał wszystko, o co poprosił, jadał najwymyślniejsze potrawy, sam dobierał sobie towarzystwo i kładł się spać, kiedy uznał za stosowne – i miało tak być jeszcze przez kilka długich, pięknych lat, nim miano mu zacząć udzielać pierwszych lekcji polityki.
Jest cudownie ciepło. Wcześniej niż w zeszłych latach zacząłem schodzić codziennie rano kamiennymi schodami w sam nurt rzeki. Gromady dzieci przyglądały mi się z daleka, dopóki nie kazałem zadąć w trąbę i ogłosić, że mogą się ze mną bawić. Aż do obiadu nurkowaliśmy i łapaliśmy oburącz olbrzymie, grube ryby – tak wielkie, że mogłyby nas pożreć, gdyby miały czym. Jeden uczony powiedział mi kiedyś, że to bezżuchwowce.
Co się jeszcze ostatnio wydarzyło? Wybudowano wreszcie ten amfiteatr, dziadek przypłynął z miasta z wielką świtą i przez trzy dni oglądaliśmy różne widowiska. Największe wrażenie zrobił na mnie połykacz ognia, dramaty przespałem (dziadek powiedział, że jestem osioł, bo akurat komedia była dobra).
Martwię się o obie Leontyny, w cesarstwie ponoć panuje teraz zaraza. Ojciec i Aureli także nie są zdrowi, ale medycy mówią, że to jakaś inna choroba, i nie ma powodu do żadnych obaw.
- Mały – powiedział ktoś surowo za plecami cesarzewicza. Chłopiec odwrócił się, tak nazywały go tylko „obie Leontyny”, matka i siostra.
I rzeczywiście obie tam były. W pośpiechu zrzucały z siebie płaszcze, otrzepując je na tarasie z siwego końskiego włosia. Widocznie bardzo się spieszyły i były nazbyt wzburzone, by przyjechać z orszakiem, czy choćby wstąpić do służbówki na dole i zlecić komuś innemu to niewdzięczne zadanie. Czasem przyjeżdżały tak prosto do niego, jeszcze przed złożeniem honorów dziadkowi, i jedna przez drugą opowiadały mu, co takiego strasznego się wydarzyło – ale tym razem mówiła tylko siostra, gdyż matka płakała rozdzierająco i nie mogła wydobyć z siebie ludzkiego głosu.
– Jesteś kronprincem.
2
W zupełnie innym kraju, w starszym mieście nad Helharą, na wysokim wzgórzu ponad rzeką, wznosił się pałac cesarza wielkiego imperium nolirskiego. Pewnego czerwcowego dnia cesarz ów zmarł; jego królewski teść z miasta nad Saavlą, a zarazem dziadek i opiekun kronprinca Nolirii, otrzymał kondolencje i protokół zgonu. Chłopiec, który wychowywał się w sąsiedztwie jego dworu – i który, z racji posiadania znacznie starszego brata, nigdy nie był brany pod uwagę jako następca – stał się w jednej chwili cesarzem Leontem VI, a po długiej podróży nowym pensjonariuszem tego marmurowego więzienia, którego pompejańska kolumnada wyglądała z daleka jak szczeble klatki.
Moja koronacja była olśniewająca, tak przynajmniej słyszałem. Uroczystości trwały dwadzieścia dni, przez sześć pierwszych pokazywano mnie wszędzie w płaszczu z wielometrowym trenem z ciężkiej panekli, który niosło za mną kilkunastu paziów. O dziwo nie było to tak niewygodne, jak wyglądało. Gorsze było to, co nawyrabiali mi z włosami, wplatanie w nie korony trwa godzinami. A koronę musiałem nosić całe dwadzieścia dni, nawet wtedy, gdy dano mi już spokój z płaszczem. Teraz też mam ją na głowie. Uwielbiam przechylać się na bok w taki sposób, że cała ta misterna konstrukcja zaczyna się zsuwać i w końcu wisi bezwładnie na kilkunastu pasmach gdzieś w okolicach moich łopatek. Mój garderobiany piszczy wtedy ze strachu i wzywa wszystkich czterech fryzjerów, a ja znów muszę grzecznie siedzieć i pozwalać, by mnie poprawili. Upierdliwe, ale warto!
Przez dwadzieścia dni słońce ślizgało się po całej jego postaci, jakby był srebrnym posągiem. Najmocniej błyszczało w monetach, które rzucał w roześmiany tłum, i w wielkim Orderze Gwiazdy Zarannej z białego złota, który przypięto mu na wysokości serca. Wówczas Leont po raz pierwszy zdał sobie sprawę, że nie miałby nic przeciwko temu, gdyby jakiś ukryty w tłumie zamachowiec wymierzył nagle w ten order i strzelił, ale ta myśl po chwili wydała mu się dziwna i okropna, więc szybko ją odpędził.
3
Heköl Nolër – ojciec Nolirii
Thèrel Ihtel – możny pan (ihtel – pan, ihta – pani; w staronolirskim pisało się odwrotnie, przez th, i to widać w niektórych imionach)
Basilëus Leendater – król najszczęśliwszy (bo: leend, leendat, leendater)
Athel Ast na Rist – zwycięzca wschodu i zachodu (strony świata: nord, syd, ast, rist)
Lirendös (bo urodziłem się w lutym; lirendön trwa od 24 stycznia do 12 lutego)
To jest moja tytulatura, przynajmniej ta podstawowa, którą mam znać na pamięć. Tak naprawdę mam z osiemdziesiąt różnych dziedzicznych tytułów, i w ciągu swego panowania pewnie zdobędę drugie tyle – nie, żebym na nie zasłużył, ale ponoć wypada mi je nadawać. Mój ojciec w chwili śmierci nosił ich prawie trzysta, kazano mi je w ramach ćwiczeń odczytywać z jego płyty nagrobnej. To było dla mnie problematyczne, bo okropnie słabo znam tutejszy język. Dziadek i obie Leontyny w ogóle go nie używają, a Aureli i ojciec nigdy nawet ze mną nie rozmawiali. Na szczęście nie męczono mnie dziś długo, a potem mogłem sobie iść oglądać pałac, na co wcześniej nie miałem czasu.
Rezydencja zawierała wszystko i zarazem nic; eks-kronprinc skończył ją zwiedzać po upływie tygodnia i przekonał się, że wszystkie komnaty w zachodnim skrzydle, które zajmował, są do siebie dość podobne – choć niewątpliwie wytworne. Szybko przestał w nich spędzać czas, gdyż bał się tu czegokolwiek dotknąć, a widoki z monumentalnych okien kusiły go niepomiernie. Mógł stąd oglądać całe miasto i większość terenów podmiejskich.
Wszyscy byli zaskoczeni, że znów chcę pokazać się ludziom – przecież dopiero co mogli mnie oglądać dzień po dniu i trwało to prawie pół miesiąca (to znaczy ich miesiąca – teraz mają jakiś alfheldön, który trwa pięćdziesiąt trzy dni, a ja muszę im wierzyć na słowo, bo jeszcze się nie nauczyłem tutejszego kalendarza), więc powinienem być tym już zmęczony. Wytłumaczyłem, że ja też lubię gapić się na ludzi, tak samo, jak oni lubią się gapić na mnie, ale wtedy spojrzeli na mnie ogłupiali i mieli w oczach coś takiego, co moja siostra nazywa konsternacją.
Przyzwyczaiłem się już do tego, więc nie wdając się w dalsze dyskusje, po prostu poprosiłem o konia, ale chyba nigdy więcej już tego nie zrobię.
Okazuje się, że do głównych stajen jest stąd tak daleko, że trzeba by wysłać tam najpierw gońca po powóz, którego przygotowanie trwa z godzinę, i dopiero ten powóz zawiózłby mnie na miejsce, żebym mógł wybrać sobie z najlepszych koni któregoś do przejażdżki. Na domiar złego grad zniszczył ubiegłej nocy kwiaty, którymi miano by coś tam przyozdabiać, więc pół dnia trwałoby przywiezienie nowych z moich prywatnych ogrodów, które znajdują się dwa razy dalej od stajen, niż stajnie od pałacu. Powiedziałem, że nic nie szkodzi, chętnie wezmę tego konia, na którym miałby jechać goniec, i po prostu wyprawię się przed siebie. Wtedy słudzy zaczęli prawie płakać i ledwo przeszło im przez gardło powiedzenie mi, że nie mogę tego zrobić, gdyż jestem synem słońca (taki tytuł też noszę – Theris Sóler) i straciłoby ono swój blask (gdybym nie jeździł wszędzie w dryndzie pływającej w kwiatach). Tak jeszcze ze mną nigdy nie postępowano, i od tego zrobiło mi się przykro, a później miało mi być jeszcze przykrzej. Doradcy wytłumaczyli mi wieczorem, że to zdanie o słońcu to frazes, i dlaczego naprawdę nie mogę zrezygnować z ceremoniału – bo wszyscy, którzy mi usługują i zajmują się robieniem tej kłopotliwej pompy dookoła mnie, straciliby pracę, gdybym nie pozwolił im wykonywać ich powinności.
Od chwili, gdy stary król posłał po swego wnuka i przeczytał mu feralny list, wszystko się zmieniło; to, co przedtem nęciło go z daleka, podeszło bliżej, jakoś urosło i stało się groźne. Mimo to odczuwał wyrzuty sumienia, że nie jest szczęśliwy – w końcu uznawano go za dorosłego, a świat legł u jego stóp. Obowiązków też wciąż miał wyjątkowo mało, bo w jego imieniu rządzili doświadczeni ludzie, przygotowując mu grunt i cierpliwie czekając, aż przyswoi sobie podstawy języka i inne niezbędne wiadomości o kraju, którym przyszło mu rządzić – bez tego nie sposób było go czegokolwiek uczyć.
Leontyny mnie już nie odwiedzają (choć mają teraz do mnie znacznie bliżej), bo podobno nie mam na to czasu. Szkoda – pokazałbym im galerię sztuki, którą kazałem otworzyć po ponad stu latach. Sam boję się ją zwiedzać, mnóstwo tam wielkich, czarnych płócien z potworami i scenami bitew. Jeden z moich przodków ponoć oszalał od wpatrywania się w nie, a drugi chyba w ogóle był szalony, skoro kazał je zamówić. Czasami myślę, że bycie wariatem chyba wcale nie musi być złe, tak jak bycie cesarzem wcale nie musi być miłe i dobre. Gdybym stał się szaleńczo odważny, może mógłbym zapracować na te wszystkie waleczne i dzielne przymiotniki (Skadater Ihtel, najodważniejszy pan; bo: skad, skadat, skadater), które ozdabiają niektóre moje tytuły. A może jednak jestem szalony w drugą stronę? Nie wierzę, że człowiek zdrowy na umyśle może się tak bać zwykłego obrazu.
Mam jeszcze olbrzymią bibliotekę i prywatne termy, ale ja przecież nie lubię książek, a jeśli miałbym się już zanurzyć, to najchętniej po szyję w Saavli...
4
Nawet to, co spodobało się Leontowi w ponurym okresie jego panowania, było w jakimś sensie skażone – jak ten niewielki wirydarz na tyłach, w którym o tej porze roku przykro było przebywać. W lipcowym słońcu fontanna wysychała, a resztki kwiatów rozpadały się w proch. Mógł oczywiście jechać do swoich wielkich ogrodów za miastem, tych samych, które przekreśliły kiedyś jego nadzieję na przejażdżkę, ale nie był już tym samym chłopcem, co dawniej. Chętnie dał sobie wmówić, że upał jest zbyt morderczy (choć przecież dwa lata temu wyprawił się z dziadkiem do Talandii i oglądał pustynię w samo południe, gdy piasek wydawał się biały i parzył bose stopy), a jego zdrowie – hartowane przez lata w zimnych rzekach i na dalekich konnych wyprawach – zbyt cenne i kruche.
Od wielu dni byłem grzeczny i zachowywałem się dokładnie tak, jak tego ode mnie oczekiwano, ale dzisiaj nie wytrzymałem. Zrobiłem coś strasznego i tak to też odebrano – wydałem edykt, na mocy którego wszyscy, którzy z jakiejś przyczyny nie chcą nazywać mnie po imieniu, muszą się do mnie zwracać po prostu mir ihtel (to znaczy: mój panie), bez żadnej dodatkowej parady. To jedyna formułka, która mnie nie krępuje i nie dobija. Doradcy przekonują, że z tego powodu może wybuchnąć nawet wojna, ale wydaje mi się to przesadzone – kto miałby mi wypowiedzieć wojnę i dlaczego z powodu tytulatury? Przecież jest tylko picem, przynajmniej jeśli brać poważnie to, co mówiono mi przedtem. Chociaż kiedy przyjmowałem audiencję i cudzoziemcom ledwo przeszło to przez gardło, zrozumiałem, że rzeczywiście mogą się czuć urażeni – przecież nie jestem i żadną miarą nie mogę być ich panem. Ale skoro to tylko grzeczność i puste słodzenie, to czyż naprawdę powinno im to tak przeszkadzać?
Oprócz kilku zwierząt, głównie jucznych bądź przeznaczonych na cesarski stół, których nie wolno mu było nawet oglądać, w pałacu było tylko kilka ogromnych psów. Wiernie towarzyszyły cesarzowi, ilekroć osowiale spoglądał na wysoki mur, spoza którego widać było głównie niebo.
Nie uważam, żebym źle zrobił. Nie czuję się ani możny, ani odważny, ani tym bardziej najszczęśliwszy – jak fałsz może sprawić, że będę szczęśliwy? Nie jestem synem słońca, tylko dwudziestego trzeciego cesarza piątej dynastii z Nazspirów. W ciągu dwóch miesięcy nie mógłbym nie tylko ufundować, ale choćby rozbudować czy upiększyć tych kilkunastu miast, które nazywają mnie swoim ojcem (ojcem kraju też nie jestem, niby jakim sposobem?) i dobrodziejem. Nie mogę być zwycięzcą wschodu i zachodu, bo na wschód i zachód od Nolirii nic nie ma, ciągnie się od morza do morza, a zresztą nie wiem, kogo miałbym zwyciężać, skoro wszyscy w tych częściach świata są moimi poddanymi. No i czy to, jak nazywa się miesiąc moich narodzin, który począwszy od przyszłego roku będzie już zawsze miesiącem narodowego święta, jest dla kogokolwiek sprawą życia i śmierci?
Gdyby przesadzić mur, dostałoby się na ulicę, ale wtedy straż w panice pognałaby za nim i wpakowałaby go w zamkniętą lektykę, którą zostałby przyniesiony z powrotem do swoich apartamentów; Leont znał ten mechanizm dość dobrze, bo już ze cztery razy spróbował. Siedział więc tylko na pięknym szezlongu, głaskał psy i wspominał dobre dni, gdy ojciec jeszcze żył, a kronprincem był Aureli. Obydwaj niewątpliwie lepiej nadawali się do roli, którą musiał odgrywać.
5
Na przełomie lipca i sierpnia upały w stolicy były tak nieznośne, że Leont porzucił zdychające rosarium i zamknął się w salach pałacu. Od ścian, podłogi i sufitów, wyłożonych ogromnymi taflami gładzonego i polerowanego kamienia, bił przyjemny chłód – w niektórych pokojach, szczególnie tych z oknami wychodzącymi na północ, szyby potniały lekko z zimna. Cesarz marzł i nudził się, ale nie wołał nikogo, żeby otworzyć mu któreś z wielkich okien albo go czymś zająć; ludzie ci po wszystkich tygodniach spędzonych tutaj budzili w nim tylko litość pomieszaną z odrazą – nie był im wcale wdzięczny za to, co dla niego robili, ale nie nadużywał też ich cierpliwości, bo nie miał śmiałości uprzykrzać im życia za pomocą rozkazów. Nikt nie mógł mu zatem przeszkodzić, gdy pewnego ranka tysięczny raz przebiegał z końca na koniec całe zachodnie skrzydło, dudniąc bosymi piętami po posadzkach i sześciu progach wysokich na kilka metrów, dwuskrzydłowych drzwi, i kiedy to w szaleńczym pędzie nadział się na mały stoliczek z drewna miłorzębu. Mebel przechylił się niebezpiecznie i nóżka jego pękła w środku. Jeden jego róg uderzył w szybę, rozbijając ją z łoskotem, drugi, naprzeciwległy, wbił się tymczasem płytko między dziewiąte i dziesiąte żebro chłopca. Początkowo cesarz był tak zszokowany tym wypadkiem, że bez jednego jęku wstał z podłogi i o własnych siłach poprawił stolik, ale w mgnieniu oka skóra jego zakwitła sińcem, siniec zaś błyskawicznie zaowocował wrzaskiem i wrzawą nadbiegającej służby.
Czuję się zmęczony i chory, leżę tak już trzeci dzień. Próbowałem pisać, ale nie mam za bardzo do kogo, obie Leontyny są zgorszone moim zachowaniem (ciągle stoi im w gardle sprawa mojej tytulatury, o wybryku ze stołem jeszcze nie wiedzą) i chyba dlatego nie odpowiadają już na moje listy. Dostałem jeszcze list od dziadka, ale nudny, opowiada mi o jakiejś paradzie wojskowej oraz o swoim ostatnim polowaniu na jelenie. Żałuje, że nie mogłem wziąć w nim udziału. I ja też żałuję. To miało być moje pierwsze prawdziwe polowanie.
Nie mogę spać i straciłem apetyt, choć medycy mówią, że uszkodziłem sobie nie żołądek, jak myślę, ale jakiś drobny nerw, i nie ma powodu do strachu, a ból nie może być aż tak duży, jak mówię. Nie ufam im – złą diagnozą zabili mego ojca i brata.
Nauczyciele myślą, że opanowałem już język nolirski w stopniu elementarnym, więc podsunęli mi do czytania wyciągi z kronik królewskich pierwszej dynastii. Próbuję więc czytać o dawnych królach, ale wiele mi to nie daje, bo nie rozumiem większości wyrażeń poza wyrokiem śmierci (slakter leftet; od: slakteres – zabijać). Chciałbym zabić swoich lekarzy, a najchętniej cały dwór. Dlaczego jestem takim tchórzem, że nie potrafiłbym jeszcze nikogo skazać na śmierć? Czytając o pierwszych królach mam wrażenie, że to najłatwiejszy rozkaz, jaki można wydać.
Tego dnia cesarz pokazał się poddanym na tarasie swego pałacu, dokąd kazał się zanieść, i z pozycji półleżącej z zaciekawieniem zaglądał im w oczy. Był za mały, żeby zobaczyć w nich skargę na złe zbiory, suszę, zarazę (wciąż szalała na prowincji), korupcję urzędników lub skandale wśród dyplomatów, których nieświadom niczego desygnował, bo tak mu kazano. I za mały, żeby wyczytać z nich błagalną, podszytą obłudą i pogardą prośbę o datek, nową zwycięską wojnę czy wystawienie świątyni jakiemuś bogu, którego prorocy obiecywali tłuszczy wieczne szczęście w zaświatach. Ale był dostatecznie duży, by zrozumieć, że jest nienawistny tym ludziom – tym samym ludziom, którzy jeszcze niedawno spoglądali na niego pełni nadziei.
6
Noc z piątego na szóstego sierpnia – na przemian parna i zimna, w zależności od tego, czy Leont wyłaził ze śmierdzącej gorączką cesarskiej pościeli, kuśtykając po posadzce kilka kroków bez celu, czy do niej wracał – była najbardziej niezwykłą nocą w jego życiu. Szybę, którą rozbił, wyjęto, ale nie zastąpiono jej nową z uwagi na bunt, który zaczął się wśród niewolników w państwowych manufakturach szkła. Syn słońca nie mógł nigdzie się udać bez lektyki lub powozu tonącego w kwiatach, ale szyby w oknie mieć nie musiał, skoro nie było mrozu. Częściowo go to cieszyło, ponieważ przez dziurę wpadał wiatr, mógł też dzięki niej słyszeć odgłosy ptaków i innych zwierząt, których bardzo mu brakowało (na czas choroby odebrano mu psy), ale i martwiło z uwagi na ziejącą z niej przerażającą go ciemność – należał bowiem do dzieci, które nie lubią spuszczać z oka swoich strachów, i jak to czasem z dziećmi bywa, miał dzięki temu przeczuć prawdziwe niebezpieczeństwo. Mniej więcej w tym samym momencie, w którym lekka drzemka cesarza poczynała przechodzić w sen, przez otwór wśliznął się jakiś cień, po czym nieoczekiwanie syknął, schwycił się za łydkę, zaś drugą dłoń, uzbrojoną w sztylet, oparł na feralnym stoliczku. Dźwięk łamanej nóżki, która trzymała się jeszcze jakimś cudem na słowo honoru – cichy, ale wystarczający, by wyrwać ze snu koronowany kłębek nerwów – dokonał reszty.
Leont obudził się i podniósł wysoko na wyprostowanych rękach. Czuł się dziwnie rześki, a myśli miał jasne.
- Kim jesteś? – zapytał, dopiero po chwili uświadamiając sobie naiwność tego pytania.
- Głupcze... – wykrztusił cicho jego niespodziewany towarzysz, ściskając i masując nogę – wzywaj straż, jeśli chcesz żyć!
- Złapał cię skurcz – domyślił się głośno cesarz, nie reagując na jego propozycję. – Wiesz, mógłbyś powiedzieć, kim jesteś. Co ci szkodzi. I nie krzycz, bo służba się zleci... Podejdź bliżej, najlepiej usiądź na moim łóżku, i mów nieco ciszej. Jak dobrze, że znasz saavlinę... Nie umiem mówić po nolirsku.
Nieznajomy stał jeszcze przez chwilę, zdumiony tą propozycją, ale ból okazał się silniejszy od niego. Przycupnął na brzegu posłania, wysunął nogę do przodu, i długo masował ją, trzymając klingę w zębach. Cesarz przyglądał mu się z radością. Od miesięcy nie widział nikogo równie pięknego i młodego – chłopak, który przekładał właśnie nóż z ust do ręki, miał najwyżej szesnaście lat. Zawahał się jeszcze przez chwilę, sarkał coś do siebie pod nosem i zmierzył małego cesarza ostrym spojrzeniem – ale Leont zrozumiał, że machnął już na niego ręką, przygotowując się do spisania na straty nieudanej napaści, i jest kwestią czasu, aż broń zostanie schowana. Nie okazywał więc strachu.
- Za to właśnie, że nie umiesz – wysyczał obcy, patrząc wprost w oczy cesarza – i za wiele innych twoich postępków, opłacono ludzi, żeby cię zgładzić, tak, jak zgładzono wczoraj...
- ...obie Leontyny?
Pytanie było retoryczne i zadane tak smutnym tonem, że na jakiś czas zapadło milczenie. Niedoszły zabójca ugniatał i ściskał palcami łydkę, a Leont czuł coraz mocniej, że po raz pierwszy od bardzo dawna znowu kogoś lubi.
- Jeśli nie wrócę w przeciągu kilku godzin, przyjdzie tu następny zabójca, tym razem... – tu urwał na chwilę, niechętnie przyznając się do porażki – ...lepszy ode mnie. Nie wiem, co planujesz ze mną zrobić, ale jeśli chcesz żyć, powinieneś wez...
- Jak się nazywasz?
- ...wać... Argane.
- A to nie jest kobiece imię?
- Czasem, w niektórych rejonach kraju – burknął ze złością, znowu dobywając noża. Leont poczuł, że go nie użyje.
- Naprawdę umiesz to zrobić? Jak to się robi?
- Co jak się robi?
- Zabija człowieka.
- Rozmaicie. Nie powinieneś się tym interesować.
- Boję się bólu.
- Paniczyk się znalazł! – prychnął chłopak, a sztylet błysnął w jego ręce, ale sytuacja była tak niesamowita, że poczuł się zbyt nieswojo, i po chwili schował go z rezygnacją. Może znów zabolała go noga, a może nie potrafił odczuwać niechęci do tego dziecka, zamkniętego w marmurowej klatce na uciechę tłumów. – Ból jest na ogół nieunikniony, kiedy się to robi.
- Skąd to wiesz?
- Byłem szkolony z anatomii. Poza tym słyszę, jak się drą, widzę ich konwulsje... – zawahał się, znowu zezując na swój nóż, ale raczej już z przyzwyczajenia, niż chęci jego użycia. – Nie powinieneś tego słuchać, mały. Powinieneś zawołać straż, dlaczego tego nie robisz?
Cesarz nie potrafił odpowiedzieć. Wyciągnął rączkę, mlecznobladą jak księżyc, który ją oświetlał, i położył ją na ręce młodego zbrodniarza – a ten wzdrygnął się, jakby dotknął go duch, ale się nie cofnął.
- Zabiłbyś mnie, gdybym o to poprosił?
- Gdybyś... Co?!
- Umiałbyś to zrobić bezboleśnie?
- Umiałbym to zrobić tak, że bolałoby cię pół minuty... Może całą minutę. Splot tętniczy, tutaj, na szyi. Wszystko będzie zbryzgane krwią, żegnajcie białe poduchy i ściany, żegnaj czysta podłogo i żegnaj stoliczku. Jak cię rano znajdą, będziesz wyschniętą fontanną.
Leont skrzywił się, zaciskając paznokcie na jego ręce. Bił się z myślami.
- Nie da się zrobić, żeby krócej bolało?
- Nie da.
- Czy boli cię jeszcze noga?
Argane poruszył nią i potrząsnął głową. Nie boli cię, pomyślał, powinieneś na niego skoczyć i po prostu wepchnąć mu ostrze w serce, co będzie, to będzie... A jednak nie mógł. W małym cesarzu, czy raczej w tej małej kukle, która jada ze złotych talerzy obiady, którymi można by wykarmić setki głodnych ludzi, i którą możni tego świata posadzili na tronie, by dla zabawy odchylała głowę i by spadała z niej korona (to tylko w końcu robiła dobrze, będąc cesarzem), poprawiana przez czterech fryzjerów, podczas gdy z gardeł zarażonych ludzi leje się krew, tak że duszą się, nie nadążają z jej wypluwaniem i muszą pozwalać, by wypływała im nosem – w postaci tej, śmiesznej i żałosnej, do niedawna mu nienawistnej, której tak chętnie przysięgał zemstę i śmierć, było coś nieskończenie smutnego.
- Weź mnie więc na kolana, i przytul mocno, kiedy będziesz to robił – szeptał do niego tymczasem dzieciak, wstydząc się własnych słów. – Zaknebluj, żebym nie mógł krzyczeć, skrępuj mnie, bym się nie wyrywał, zasłoń mi oczy, żebym nie wiedział, kiedy uderzysz... Ale trzymaj mnie, trzymaj mnie mocno, bo nawet umrzeć... Nawet umrzeć nie jestem już w stanie sam.
Argane przygotowywał właśnie poszewkę, którą miał mu wepchnąć w usta. Leont spojrzał na nią z obrzydzeniem.
- Nikt nigdy nie dowie się, że stchórzyłem, prawda?
- Prawda.
7
Dzień przetaczał się z jednego boku na drugi, kiedy zmieniła się warta przed katafalkiem, na którym spoczywało wystawione na widok publiczny truchło Leonta VI, obmyte już z juchy, ale wciąż ze straszną raną, nakryte szczelnie trzema warstwami cienkiego jedwabiu dla ochrony przed rojami much. Był ubrany bogato, ale lekko i skromnie, nie przypasano mu nawet zwyczajowego ozdobnego miecza, gdyż uznano, że przecież chłopiec, choć traktowany jak dorosły i jak pan świata, nie wszedł jeszcze w wiek męski. Masy ludzi, tak niedawno obmacujące go tysiącem spojrzeń w dniu koronacji, teraz przyszły, żeby go pożegnać. A on już nie mógł na nie patrzeć, jak lubił, nie rzucał im pieniędzy, nie nosił korony ani płaszcza z panekli i nie lśnił cały jak srebrny posąg, przyjemnie drażniąc ich oczy zimnym błyskiem substytutu serca zawieszonego na lewej piersi – nie był więc ciekawy.
Kilka miesięcy później, po długiej i ciężkiej walce, inny ród magnacki dał początek szóstej dynastii, a stolicą wielkiego imperium zostało inne miasto.
Ale jeszcze nie dziś – dziś był szósty sierpnia, trzydziesty czwarty neirhèndön. Za miastem, na drugim brzegu Helhary, wystawiano już szubienicę dla dziwnego zamachowca, który – jak mówiły plotki – spędził całą noc przy ciele, nie mogąc się ruszyć. Ludzie znudzeni małym cesarzem kierowali się powoli w stronę mostu. Leont prawdopodobnie nie miałby im tego za złe – po swym królewskim dziadku odziedziczył przecież miłość do widowisk.
♣ Masz ochotę skomentować? [1]